podróże

Czechy… tak blisko, a tak daleko…

Czechy… tak blisko, a tak daleko… Blisko fizycznie, bo to nasi sąsiedzi „zza miedzy”, a daleko, bo jakoś nie po drodze nam mentalnie i emocjonalnie z tym krajem… No bo powiedzmy sobie szczerze: kto z Was zwiedzał kiedyś Czechy? Czechy! Nie Pragę lub Kutną Horę – bo tam pewnie wielu było, ale Czechy jako takie! Kto był w Czechach, żeby sobie po nich pojeździć, pooglądać, poczuć ich klimat, a nie tylko przejechać (najczęściej autostradą) w drodze do Austrii lub gdzieś na północ Europy. Czechy nie są interesujące dla Polaków (w tym motocyklistów) do tego stopnia, że musiałem się nieźle nagimnastykować, by w księgarni stacjonarnej kupić przewodnik po Czechach i to nie dlatego, że wszystkie wykupione, ale dlatego, że nie ma na nie popytu, więc i podaży! Owszem, w internecie są, ale w internecie jest wszystko… 

Do tego dochodzi dystans „emocjonalny” – tak go nazwijmy. Może to moje odczucie, ale jakoś nie ma specjalnej „mięty” między nami, a Czechami, choć wiele nas łączyło w przeszłości. Może zamiłowanie do piwa nam zostało wspólne i pomysłowość… W innych kwestiach jakoś drogi nam się rozeszły. Także językowo… Choć my i oni to Słowianie, to jednak łatwiej mi zrozumieć Chorwata czy Słowaka, a nawet Ukraińca, niż Czecha…

Tak więc łamiąc te standardy postanowiliśmy w połowie sierpnia wybrać się na 5 dni „na Czechy”. Piszę w liczbie mnogiej, bo było nas pięcioro: czterech facetów i niewiasta. Zaczęło się jak zwykle w naszych wypadach – z opóźnieniem. Mieliśmy być u Janusza w Tychach o 10-tej, a ledwo udało nam się dojechać tam na 11.30. Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić wypicia kawki „na dobry początek” i tak się się poskładało, że w stronę granicy ruszyliśmy, gdy słońce już zaczęło drogę zstępującą na nieboskłonie. 

Pierwotnie plan był taki, by od razu ruszyć w kierunku Brna, ale jako że była już pora obiadowa, a Janusz skutecznie zareklamował nam jakieś „kultowe” miejsce z pysznymi burgerami, ulegliśmy jego propozycji. Tym miejscem okazał się… Skoczów! 

Po „śmieciowym” posiłku ruszyliśmy dziarsko w stronę granicy – na Cieszyn. Po drodze jeszcze po raz ostatni zatankowaliśmy „za złotówki”. Trasa z Cieszyna na Brno to droga ekspresowa – nudna jak flaki z olejem, zwłaszcza, gdy się ją pokonywało już dziesiątki razy. Na domiar złego tym razem znaczna jej część była w remoncie, co czyniło przejazd jeszcze bardziej męczącym. Zjechaliśmy więc z niej szybko, by bocznymi drogami dotrzeć do Morawskiego Krasu. To był nasz dzisiejszy cel. Niestety przejazd przez płaską i wyeksponowaną na słońce Bramę Morawską okazał się niebywale męczący: temperatura dochodziła do 38 stopni, a tu nigdzie po drodze żadnych lasów z cieniem! Cała droga w słońcu! Gdzieś pod sklepem uzupełniliśmy zapas płynów (czytaj: „cofoli”) i zlokalizowaliśmy jakieś jeziorko, by w nim się ochłodzić. Udało się nawet do niego dotrzeć, ale woda okazała się tak brudna (jakieś glony czy rozpuszczony torf…), że jak szybko do niego weszliśmy tak jeszcze szybciej wyszliśmy. Niektórzy nie podjęli nawet proby wejścia do wody…

W końcu dotarliśmy pod wieczór do Morawskiego Krasu. To piękny kawałek Czech – dużo lasów, skał, a przede wszystkim jaskiń i pięknych krętych dróg.  Naszym celem tutaj było zobaczenie Jaskiń Macochy i Punkewskiej, ale to dopiero zadanie na jutro. Tego dnia marzyliśmy tylko o dwóch rzeczach: o noclegu i zimnym, czeskim piwie. Oba marzenia się zrealizowały w miejscowości Bukovinka, w pensjonacie Rakovec za cenę 105 zł od osoby za nocleg i bodaj 30 koron za pól litra złotego napoju na bazie chmielu. 

Nazajutrz ruszyliśmy w stronę wspomnianych jaskiń. Zanim tam jednak dotarliśmy naszą uwagę zatrzymał potężny kościół w miejscowości Krtiny. „Skąd w tak małej wsi tak potężny kościół…?”  Sprawa się szybko wyjaśniła: Chrzściny (bo tak trzeba by przetłumaczyć nazwę miejscowości) to miejsce pielgrzymek maryjnych Czechów (a przynajmniej było, gdy jeszcze był to naród wierzący…). Z dawnej świetności został właśnie monumentalny kościół p.w. Imienia Najświętszej Maryi Panny projektu Santiniego. Oprócz tego w Krtinach zwiedzić można jeszcze zamek oraz ogród dendrologiczny, ale nie skorzystaliśmy z tej możliwości. 

Do Jaskini Macochy dotarliśmy sprawnie. Trochę zajęło nam podjęcie decyzji jaką opcję zwiedzania wybrać. Stanęło na tym, że z parkingu do wejścia jaskiń dojdziemy na nogach, a po ich zwiedzeniu wrócimy kolejką gondolową. I to był dobry wybór. Właściwą jaskinią jest ta Punkiewska. Tu można iść i czuć się jak w jaskini podziwiając stalaktyty i stalagmity… Przez nią dochodzi się do Jaskini Macochy, która właściwie jest głęboką jamą w ziemi (widoczną także z parkingu). Sporą atrakcją jest przepłynięcie Jaskini Punkwy specjalną łodzią. Cala impreza zajmuje około 1,5 godziny. 

W Morawskim Krasie jest jeszcze wiele innych jaskiń do zwiedzania, ale nam wystarczyły te dwie. 

Kolejnym celem na naszej trasie była Dolna Morawa, a w niej niedawno otwarty, najdłuższy linowy most dla pieszych na świecie – Skay Bridge 721. Most jest położony 95 metrów nad doliną i łączy schronisko Slaměnka na zboczu szczytu Slamník (1232 m n.p.m.) ze zboczem góry Chlum (1118 m n.p.m.). Trasa jest jednokierunkowa. Została ona otwarta 13 maja 2022.

Niedaleko tej kładki znajduje się również tzw. „ścieżka w obłokach” o długości 710 m. Jest to „ślimakowa” wieża widokowa, osiągająca 55 m nad ziemią. (Nawiasem mówiąc podobna jak u nas w Krynicy. Nasza jest 6 metrów niższa, ale za to ponad kilometr dłuższa! Słowacy też mają taką swoją w Bachledowej Dolinie w Tatrach. Jest ona jednak mniejsza. A my mamy jeszcze inne np. „Brama w Gorce” w Waksmundzie koło Nowego Targu). Obie atrakcje udało nam się „zaliczyć”, choć trochę trzeba było się „nachodzić” tego dnia. Dla tych co chcieli by to zobaczyć przydatna wskazówka: warto kupić bilety przez internet, bo znacznie taniej. 

Po tych atrakcjach ruszyliśmy w stronę noclegu. Chciałem by był on gdzieś blisko Adszprasko – Teplickich skał, bo to miał być nasz cel na jutro. I choć następnego dnia plany się zmieniły, to nocleg pozostał. Była nim dawna szkoła przerobiona na swoisty „hotel” w miejscowości Markouszowice, gdzieś u stóp Karkonoszów. Miejsce to było dość „egzotyczne” (i tanie!), ale fakt że nie spodziewaliśmy się spania w szkole spowodował, że nie mogliśmy zbyt do niego trafić.

Zanim jednakże w końcu go znaleźliśmy trzeba wspomnieć o drodze jaką doń jechaliśmy. Polecam ją każdemu motocykliście. To przeurocza trasa o numerze 311 przez Góry Orlickie, wzdłuż samej granicy Czesko – Polskiej. Szczególnie piękna jest ona miedzy miejscowościami Kraliky a Deštne w Górach Orlickich. Po drodze – w miejscowości Neratov – można zobaczyć ciekawy kościółek ze szklanym dachem. Kiedyś oryginalny dach spłoną i „zwariowani” Czesi wpadli na pomysł, by zrobić nowy – ze szkła. 

Tak jak wspomniałem nocleg mieliśmy w Markouszowicach. Następnego dnia ruszyliśmy w głąb Karkonoszów. Może to zbyt mocno powiedziane… Raczej liznęliśmy nieco czeskiej strony Karkonoszów, ale czas nas ponaglał. Karkonosze już kiedyś widzieliśmy, a dziś czekały na nas kolejne atrakcje. Pierwszą było Muzeum Motocykli „Jawa” w miejscowości Rabakov. To prywatna kolekcja jakiegoś pasjonata tej marki. Warto ją obejrzeć, bo faktycznie jest na czym „oko zawiesić”, nawet jeśli nie było się fanem czeskiej myśli technicznej.

Zanim tam dotarliśmy czekała nas mała przygoda. Jeden z kolegów się zagapił na skrzyżowaniu, wjechał w drugiego i… przeciął węża od chłodnicy w swej „yamasze”. Trzeba było podjąć szybką „akcję ratunkową” motocykla. Naprędce zakleiliśmy dziurę srebrną taśmą, ale wiedzieliśmy, że na tym robota się nie skończy, że ta prowizorka nie przetrwa długo… Tak się też stało. Wkrótce trzeba było szukać mechanika.

Następnym naszym punktem na trasie było muzeum Skody w miejscowości Mlada Bolesław. Część naszej grupy poszła do muzeum, a ja z kolegą szukaliśmy mechanika do motocykla. Nie było to łatwe. Miejscowy serwis KTM – a nie chciał podjąć się pomocy. I problemem nie był wcale brak części, bo wąż na podmiankę się znalazł, tylko rozpoczynający się za godzinę… weekend! Czechom z KTM-a nie chciało się brać za robotę, która kosztował by ich konieczność zostania chwilę po godzinach w robocie i to w piątek wieczorem… A tam pewnie zimne piwo w domu czekało… Na szczęście jeden z mechaników obiecał, że nam pomoże, ale w swoim prywatym warsztacie, w domu. Mógł tam jednak być dopiero na 18-tą. Pozostało nam więc około godziny czasu, by jednak zobaczyć muzeum Skody.

Kupiliśmy więc bilety (100 koron od osoby) i dołączyliśmy do naszych kolegów i koleżanki. A właściwie to oni dołączyli do nas! Okazało się bowiem, że nasza dwójka została „przechwycona” przy kasie przez jakiegoś szalonego przewodnika. Był to Czech, który miał żonę Polkę. Znał więc nieco nasz język. Do tego był pasjonatem Skody. Kończył już pracę, ale słysząc język polski postanowił za darmo (a właściwie w ramach promocji własnego „produktu”) oprowadzić nas po muzeum „na szybkiego”. I warto było, bo facet tak się nakręcił i tele nam opowiedział, że sami nigdy byśmy tego nie odkryli. W czasie tego oprowadzania dołączyła do nas pozostała trójka, a nawet jeszcze para motocyklisto z Polski. Jaki był haczyk w tej darmowej usłudze? Ano taki, że pan przewodnik zareklamował swój mały interes czyli nocleg i spływ kajakami „od browaru do browaru” w nieodległym Czeskim Raju. Przez chwilę nawet mieliśmy pokusę, by już dziś skorzystać z jego oferty, ale fakt, że już tego dnia przejeżdżaliśmy przez Czeski Raj i nie chciało nam się tam wracać oraz to, że czekał na nas mechanik, przeważyło szlę na niekorzyść szalonego Czecha. Ale wzięliśmy do niego namiary. Może kiedyś skorzystamy z jego oferty noclegu w stodole i „piwnego spływu” (oferowanego za cenę 50 zł!). 

Nawiasem mówiąc ten Czaski Raj to także kolejne miejsce warte przejechania. To malowniczy kawałek czeskiej ziemi podobny nieco do naszych Gór Stołowych. Leży on w trójkącie między miastami Mlada Bolesław, Jiczyn, Jablenec nad Nysą. Pośród pagórków porośniętych lasami pełno tam skał i malowniczych wąwozów, przez które poprowadzone są urocze drogi. 

Wizyta w muzeum szybko minęła i przyszedł czas na wycieczkę do naszego mechanika. Mieszkał on na szczęście po drodze, na naszej trasie – w miejscowości Doksy. Znaleźliśmy jego warsztat bez problemu, a on w godzinę uporał się z wymianą węża. Cała impreza kosztował kolegę 15 euro. 

Poszukiwania noclegu tym razem sprawiły nam nieco problemów. Chcieliśmy bowiem znaleźć jakiś apartament z kuchnią, by przyrządzić sobie kolację. Zakupy na nią już zostały poczynione. A tu jak na złość nic sensownego w interesującym nas terenie nie było. Wybraliśmy zatem rozwiązanie „karkołomne”: śpimy w Niemczech! Tam, blisko granicy, w miejscowości Steinigtwolmsdorf, udało się znaleźć najbliższy spełniający nasze oczekiwania obiekt. Dotarliśmy do niego dość późno, ale Janusz i tak jeszcze zdążył przyrządzić kurczaka z ryżem. 

Rankiem następnego dnia pozostając jeszcze po niemieckiej stronie granicy ruszyliśmy w kierunku… no właśnie… w kierunku „Szwajcarii. Otóż jest taki teren, olbrzymi obszar leśny, który po niemieckiej stronie zwie się „Szwajcarią Saksońską”, a po czeskiej „Czeską Szwajcarią”. Przecina go z południa na północ rzeka Łaba. Ma on swe źródła w Karkonoszach, niedaleko Śnieżki, a zanim dopłynie na niemiecką stronę przemierza kawał Czeskiej Republiki w pewnej chwili zbliżając się nawet na kilkanaście kilometrów do Pragi. Czechy opuszcza ona właśnie w owej „Szwajcarii”. 

My poruszaliśmy się w kierunku przeciwnym do biegu Łaby. Najpierw przejechaliśmy jej niemiecką, a potem czeską część. Muszę uczciwie przyznać, że ta niemiecka jednak bardziej mi się podobała. Przynajmniej w tych fragmentach, którymi przejeżdżaliśmy… Po stronie czeskiej lasów jest jednak więcej… Generalnie jest to bardzo malowniczy teren. Mnóstwo tam tras na wycieczki piesze lub rowerowe. Wiele urokliwych wąwozów skalnych i samotnych skał. Jeśli trzeba by to do czegoś porównać w Polsce, to znów chyba najbliżej temu terenowi do Gór Stołowych, choć analogia jest mocno naciągana. 

Czeską Szwajcarię opuściliśmy kolo południa. Naszym kolejnym celem było miejsce należące do tak zwanych „kultowych” w środowisku motocyklowym, zwłaszcza czeskim. Chodzi o tzw. Pekelne Doły, Pekelne Jamy lub Pekelne Kopalnie (jak kto woli). Jest to nic innego jak zespół jaskiń w piaskowcu ok. 30 km na zachód od Liberca. Najbliższe temu miejsce w Polsce to kopalnia węgla brunatnego Turów koło Bogatyni, o której niedawno głośno było w naszych mediach za sprawą skarg, jakie Czesi wnieśli do EU na Polaków i tę właśnie kopalnię. (Sprawa jakoś teraz ucichła co pozwala sądzić, że albo miała podłoże polityczne i była elementem nacisku Unii na ówczesną władzę w Polsce, albo po prostu Polacy zamknęli „gębę” Czechom stosowną kwotą… A może jedno i drugie… któż to wie…)

W każdym razie Pekelne Doły to jaskinie do których motocykliści wjeżdżają na motocyklach po to by… po prostu tam wjechać. I przy okazji narobić hałasu, a nawet – niektórzy – napić się piwa lub kawy. I tyle. My, Polacy, robimy swoje zloty motocyklowe najczęściej w miejscach „świętych”, a Czesi w „piekielnych”. No, ale co komu bliższe… Pewną nutą żalu może być to, że gdyby takie jaskinie były w Polsce, to by z nich zrobiono park narodowy i nawet ściany by nie wolno było dotknąć, podczas gdy Czesi wjeżdżają do swoich na motorach…

Pekelne Doły opuściliśmy wypiwszy w nich tylko kawę. To jednak klimat nie dla nas… Fascynacja piekłem, diabelskie kotły i postacie czartów, nawet jeśli to tylko zabawa, nie tworzą dobrej aury, a raczej posępną… 

Również coś z grozy miało kolejne miejsce na naszej mapie podroży. Chodzi mianowicie o Kutną Horę z jej słynną Kaplicą Czaszek. My, Polacy mamy swoją taką koło Kudowy, a Czesi mają swoją w Kutnej Horze. Niestety nasza to „uboga krewna” tej czeskiej. Czesi swoją zrobili z większym rozmachem, ale przy tym z większym brakiem szacunku do ludzkich szczątków. W naszej te kości, choć ich mniej i zgromadzone w jednym miejscu, jednak jakoś godnie czekają na zmartwychwstanie. A Czesi – profani – zrobili z nich albo żyrandol, albo herb szlachecki, a nawet – o zgrozo – coś co chyba miało być monstrancją! No, ale czego oczekiwać od narodu, który już dawno pogrzebał swą wiarę i jest obecnie bodaj najbardziej zlaicyzowanym krajem w Europie… I pomyśleć, że od nich przejęliśmy kiedyś chrześcijaństwo… 

Sama Kutna Hora była kiedyś skarbcem Czech. Tu były kopalnie srebra co czyniło to miasto bardzo bogatym. W wieku XIV była ona tej samej wielkości miastem co ówczesny Londyn. Dziś ma już znaczenie raczej turystyczne, a na pewno marginalne dla Czech. Warto zobaczyć w niej także piękny kościół św. Barbary i w ostateczności także katedrę. Choć ta nie powala… 

W Kutnej Horze udało nam się także w końcu zakosztować czeskiej kuchni, a dokładnie słynnych knedlików. Dotąd bowiem poprzestawaliśmy raczej na samym piwie, jeśli chodzi o typowo czeskie kulinaria. Knedliki udało nam się zjeść w uroczo położonej restauracji Havirska Bouda, koło wieży widokowej na miasto. 

Końcowym akcentem tego dnia, jak rownież naszym miejscem noclegowym był Żeliw i jego opactwo norbertańskie. Nie było to zbytnio „po drodze” do Polski, ale pojechaliśmy tam ze pobudek sentymentalnych. Ponad 20 lat temu, gdy pierwszy raz bylem w Czechach, mieszkałem tam ponad tydzień u zaprzyjaźnionego opata norbertanów. Sam opat już nie żyje (zmarł klika lat temu), ale klasztor jakoś mnie nadal „przyciąga”… I to nie tylko ze względu na pyszne piwo tam produkowane przez premonstratensów. 

W Żeliwie można przenocować za rozsądne pieniądze w hotelu przyklasztornym. Niestety brakło nam miejsc. Wybraliśmy zatem pensjonat nieopodal klasztoru. Dzień zakończyliśmy zimnym piwem z klasztornych piwnic.

Nazajutrz rozpoczęliśmy powrót do ojczyzny. Właściwe droga była mało ciekawa, w większości autostradą. Jedyną atrakcją dnia był postój w aquaparku Vodni Svet w Velkich Kralowicach, tuż przy granicy ze Słowacją. Nie był to jakiś spektakularny aqua park, raczej kameralny, ani nawet niezbyt „po drodze”, ale chodziło nam o czysty odpoczynek, o relaks. Na wieczór wróciliśmy do domów. 

Cała pięciodniowa trasa wyniosła około 1500 km, a koszt zamknął się w kwocie podobnej: 1,5 tys. od osoby łącznie z paliwem. 

Czy polecam Czechy? Stanowczo: tak! Nie jest to wielki kraj, ale i tak aby go zwiedzić w miarę dobrze (bez Pragi!) dwa tygodnie nie wystarczą. Na szczęście jest on tak blisko, że można zwiedzić go w całości rozkładając to na kilka wyjazdów weekendowych. 

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *