Jak rozpocząć podróżowanie motocyklem?
Czy potrzebne jest prawo jazdy?
Pewnie wielu widząc motocyklistę jak przemyka obok stojących w korku samochodów myśli sobie: „takiemu to dobrze, my tu stoimy, a on sobie jedzie…”. I od razu pojawia się myśl: „w sumie to dlaczego i ja tak nie miałbym jechać do pracy, zamiast stać w korkach…”. Potem druga myśl: „ale nie mam motocykla, ani prawa jazdy…”. „Ale zaraz, przecież teraz na motocykl do 125 ccm nie trzeba prawa jazdy! Tzn. wystarczy to na samochód! A więc kupuję 125-kę!” I to jest dobry kierunek… Jeśli nigdy wcześniej nie jeździłeś na motocyklu, zacznij właśnie tak. Są świetne motocykle o pojemności do 125 ccm, które znakomicie nadają się na początek przygody motocyklowej. Znakomicie sprawdzają się w mieście, a nawet można w nich jechać na małą wyprawę po Europie!” I nie są aż tak drogie, zwłaszcza te używane!
Natomiast jeśli już kiedyś jechałeś na motocyklu, zrobiłeś prawo jazdy kat. A, lecz przez lata nie jeździłeś i nagle widok mototurysty poruszył twoje serce, to… Wyhamuj… Ochłoń… Jazda na motocyklu świetnie wygląda z boku, gdy się siedzi w klimatyzowanym samochodzie. Natomiast gdy się moknie w deszczu lub stoi na światłach przy 40 – stopniowym upale w pełnym kombinezonie, to już wtedy tak różowo nie jest. Więc zanim zdecydujesz się na zainwestowanie pieniędzy w przygodę motocyklową, spróbuj najpierw tej przygody tańszym kosztem. Może się okazać, że odkryjesz iż to nie dla ciebie… Co więc proponuję?
Czy od razu kupować motocykl?
To co tu napiszę jest niezgodne z prawem! Tzn. połowicznie… Moja rada jest taka, żeby najpierw, zanim kupimy motocykl i rozpoczniemy przygodę z motocyklizmem, spróbować się nim przejechać. Może jakiś znajomy ma i mógłby dać nam się przejechać (nielegalnie)… Ewentualnie można zapisać się na kurs prawa jazdy lub poprosić o możliwość przejechania się na motocyklu w jakiejś szkole motocyklowej na placu manewrowym. Nawet odpłatnie warto. Dlaczego? Bo może się okazać, że taka jazda wcale nam się nie spodoba! Odkryjemy, że owszem fajnie to wygląda „z boku”, ale jak się założy kask to okaże się , że to nic miłego. Jeśli już jednak spodoba nam się sama jazda, to jeszcze trzeba zdecydować jaki rodzaj motocyklizmu nas najbardziej „kręci”, jaki nam się najbardziej podoba? Czy czopery i jazda w skórach, czy ścigacze i pozycja embrionalna, czy turystyki? Innymi słowy trzeba sobie odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: do jakiej „kasty” motocyklowej chcę należeć. Więcej o tym napisałem TUTAJ.
Gdy jednak już kiedyś jeździliśmy motocyklem i podoba nam się to, tylko zapragnęliśmy czegoś więcej niż jazda do pracy i z powrotem, zapragnęliśmy podróży, to także doradzam opanowanie. Zanim kupimy swój własny motocykl, lepiej spróbować wypożyczyć go i przejechać się gdzieś dalej na kilka dni (w słońcu i deszczu). To pomoże nam zweryfikować nasz zapał. Ewentualnie można kupić motocykl dla siebie, lecz jakiś tańszy, na wypróbowanie. Gdy spodoba nam się podróżowanie, wtedy zaczniemy myśleć o czymś ambitniejszym…
Jaki motocykl kupić?
O tym pisałam już TUTAJ. Dodam tylko, by od razu nie porywać się na super ciężkie albo super mocne motory. Łatwo się zniechęcić, gdy motocykl nie od razu jest nam absolutnie posłuszny i czasem „robi z nam i co chce”. Zwłaszcza przy małych prędkościach… Lepiej zacząć od czegoś lżejszego, a jak już opanujemy sztukę przepychania motocykla, podnoszenie z ziemi, zawracania, parkowania i znajdziemy swoje „tricki”, by waga nas nie przerażała, wtedy warto rozejrzeć się za czymś cięższym i mocniejszym.
Druga sprawa to cena motocykla. Lepiej zacząć od czegoś tańszego, nawet lekko obitego, bo wtedy mniej będzie bolało jak nam się na początku motocykl będzie przewracał. A na pewno będzie się przewracał i to wcale nie w czasie jazy lecz przy parkowaniu i przetaczaniu! Rysy i pęknięcia owiewek na nowym, drogim motocyklu bardziej bolą niż rozbite kolano… Lepiej więc te pierwsze brutalne „lekcje” odbyć na czymś tanim…
Kolejna sprawa to typ motocykla (o tym także już pisałem TUTAJ). Nie od razu wiemy, czy porwą nas motocyklowe podróże czy lans na ścigaczu czy dostojne przejażdżki na zlot i z powrotem. Dlatego na początek warto kierować się sercem: czyli co mi się wizualni podoba. Lepiej jednak nie inwestować w drogi sprzęt, bo może nam się odwidzieć dana „kasta”.
A co z ubiorem?
Tu jest podobna zasada jak z zakupem motocykla, bo każdy motocykl ma do siebie dopasowany strój. Na czoperach jeździ się przeważnie w strojach skórzanych „z frędzlami” (jak ja to nazywam). To drogie stroje, absolutnie nie wodoszczelne, ale ładnie wyglądają i pasują do tego typu motocykli. Jak namokną to swoje ważą. Z kolei na ścigaczach jeździ się także najczęściej w skórach, ale bardziej „pstrokatych”, z dużą ilością ochraniaczy, najczęściej jednoczęściowych. Także nie są to stroje wodoszczelne. Brudasy (ang. „dirty”) czyli krosowcy ubierają pstrokate lekkie stroje, a pod nie ochraniacze i potężne zbrojone buty. Wyglądają jak papugi (najczęściej brudne papugi), ale tu chodzi o zabawę i właśnie o to by się wybrudzić! Natomiast „turerzy” (podróżnicy) zakładają najczęściej stroje tekstylne. Co do cen, to w każdej z tych „kast” można znaleźć coś bardzo taniego i bajecznie drogiego. Wszystko zależy od tego, ile kto ma pieniędzy do wydania. Do tego zdarza się i to dosyć często, że ktoś kupił strój, pojeździł ale jakoś urósł mu „mięsień piwny” i musi go wymienić na nowy. Wtedy warto odkupić od takiego używany.
Jeśli chodzi o kask, to na pewno trzeba go kupić nowy i najdroższy (czyli najbezpieczniejszy) na jaki nas stać. Kask także musi być odpowiedni do typu motocykla, bo inne są dla krosowców a inne dla czoperów.
Kupiłem i co dalej?
Dalej to już wsiadaj i jedź! Jeździć, jeździć i jeszcze raz jeździć! Jak wszędzie tak i tu: trening czyni mistrza! Im więcej kilometrów przejechane, tym większe umiejętności! Jeździć trzeba i to nie tylko po asfalcie, na bocznych drogach, poza miastem, ale także w mieście, w korkach, przy dużym ruchu, na drogach szutrowych, gruntowych i w terenie jeśli motocykl na to pozwala. Lepiej popełnić błędy i upaść blisko domu, niż gdzieś daleko, za granicą. A to na błędach człowiek się uczy.
A co z motywacją?
Każdy ma na to inny sposób. Mnie motywuje towarzystwo. Jak mam z kim jechać na przejażdżkę, lub w podróż to łatwiej mi się wyrwać (zakładając, że mam czas…). Choć często jeżdżę jednak samotnie, i to także lubię… Druga sprawa to ciekawość świata. Jeśli ktoś chce podróżować na motocyklu to musi po prostu być ciekawym świata! Musi chcieć widzieć, poznawać, doświadczać… Jeśli jesteś domatorem, daruj sobie podróże motocyklowe…
Inną motywacją są książki podróżnicze. Mnie one bardzo pomagają, zwłaszcza w zimie. Jak się naczytam o danym miejscu, to chcę tam pojechać i na własne oczy to zobaczyć. Książki o motocyklowych podróżach jakie przeczytałem możesz znaleźć TUTAJ.
I ostatnia sprawa: internet. Blogi podróżników motocyklowych, kanały podróżnicze na You Tube, strony podróżników… Jest tego sporo. Także je przeglądam i one mnie inspirują. Moje ulubione można zobaczyć TUTAJ.